Ten tekst przeczytasz w 5 min.
od siebie słów kilka
Oficjalny Złombol 2014 dobiegł końca, a my, z sercami pełnymi radości i bagażnikiem pełnym wspomnień, opuszczamy Lloret de Mar. Piękne plaże, świetna atmosfera, niezapomniane chwile – tego nie da się zapomnieć. Jednak nadszedł czas na powrót do rzeczywistości. Plan? Zahaczyć o Barcelonę, bo być tak blisko (zaledwie 50 km!) i nie zobaczyć tego słynnego miasta byłoby grzechem. Problem? Nie mamy żadnego konkretnego planu zwiedzania. Po prostu ruszamy w ciemno. A po zwiedzeniu Barcelony mieliśmy w planie wracać jak najszybciej do Polski. Tego dnia jeszcze nie wiedzieliśmy że pokonamy trasę Lloret Del Mar – Millau we Francji.
Barcelona – miasto chaosu i… pustego baku
Wjeżdżamy do centrum Barcelony, światła, skrzyżowania, korki – typowy klimat dużego miasta. I nagle, na jednym z tych magicznych skrzyżowań, Babcia mówi: „Dość!”. Zgasła. Ki diabeł?! LPG wyparowało już dawno, bo w Hiszpanii znaleźć gaz to jak wygrać na loterii. Ale przecież mamy benzynę, prawda? No, nie mamy okazało się po zepchnięciu auta ze skrzyżowania. Gaźnik suchy jak pustynia. Marcin i Paweł chwytają za bańkę po wodzie i ruszają na poszukiwanie stacji. Po chwili biegną z benzyną w rękach, zalewamy, odpalamy i jedziemy dalej szukać innego miejsca parkingowego.
Parkowanie po hiszpańsku
Znaleźliśmy parking! Sukces. Jest i parkomat – no to płacimy. Ale jak? Hiszpański na wyświetlaczu wygląda dla nas jak starożytny aramejski. Próby dogadania się z lokalsami kończą się na ich „no inglés”. Dopiero po chwili pojawił się Polak, który „szprecha po anielsku” i ratuje sytuację. Tłumaczy nam Jak zapłacić i jednocześnie informuję, że maksymalnie można stać w tym miejscu dwie godziny. To wręcz niesamowite – w całej Barcelonie jedyną osobą mówiącą po angielsku okazuje się nasz rodak.
Ruszamy dalej w kierunku Sagrada Familia. Według mapy papierowe i którą mieliśmy powinna być blisko, ale nikt z miejscowych nie chce nas pokierować, bo przecież „no inglés”. W końcu trafiamy na Azjatę, i wiecie, jak to jest – każdy Azjata musi znać angielski. Nie ten. Ten zna za to a jakby inaczej… polski! Po dziesięciu latach handlowania na Stadionie Dziesięciolecia. Życie naprawdę pisze najlepsze scenariusze.
Sagrada Familia – piękna, ale nie dla nas
Docieramy na miejsce. Sagrada Familia prezentuje się… no, powiedzmy, że z daleka nie robi szału. Ot, kościół pośrodku ogromnego blokowiska. Cała magia tej budowli jest zrujnowana przez otoczenie w którym się znajduje. Z bliska już lepiej – piękne rzeźby, detale, artystyczny rozmach. Ale do środka nie wejdziemy – czas parkowania kończy się za chwilę, a kolejka do wejścia jest dłuższa niż te po mięso w PRL-u. Robimy więc kilka zdjęć, podziwiamy z zewnątrz i wracamy do Babci.
Awaria na autostradzie
Wyjeżdżamy z Barcelony, nawigacja prowadzi nas na autostradę, i nagle Babcia znowu mówi: „Stop!”. Gaśnie. Paliwo zniknęło? Jadąc rozpędem w tunelu, zjeżdżamy na pobocze przeskakując przez całkiem wysoki krawężnik – walić zakazy. Chłopaki znów biegną po paliwo. Oczywiście wzdłuż autostrady w tunelu taki miejski Survival trochę, Ja rozkręcam pół samochodu, szukając przyczyny problemu, bo przecież babcia nie pali 5 l paliwa na 10 km. Awarii brak, paliwa brak, pomysłów brak. Po chwili wracają z bańką, ale co najlepsze – znaleźli jedyną stację z LPG w Barcelonie. No, cud. Zalewamy świeżą benzynką babcią i to odpala, co jest bardzo dziwne, ale Pędzimy na znalezioną przez chłopaków stację. Zalewamy Babcię gazem i benzyną, odpalamy i spadamy z tego dziwnego kraju, zanim znowu coś się stanie.
Bramki, które nie chcą naszych pieniędzy
Na autostradzie kolejny klasyk – bramki płatne. Dojeżdżamy, ale terminal nie przyjmuje naszych kart ani gotówki. Próbujemy kombinować, machamy, gestykulujemy. Za nami zaczyna się robić kolejka, ludzie trąbią, sytuacja napięta. W końcu pojawia się pani z obsługi (typowa baba z mięsnego w PRL-u), która widząc nasze zdesperowane miny, bierze od nas dwa euro, wrzuca do swojej kieszeni i otwiera szlaban. No niby spoko, ale nie smak pozostał
Senna Francja
Dalsza część drogi przez granicę i do Francji przebiega na szczęście całkiem spokojnie. We Francji o dziwo trafiamy nawet na darmowe odcinki Autostrad z których chętnie korzystamy. Problemem jest jednak kończąca się LPG a na benzynie nie chcemy ryzykować. We Francji stacji LPG jest więcej ale za to są czynne tylko do godziny 17:00. Zjeżdżamy z autostrady znajdujemy parking niedaleko stacji LPG otwieranej o 7:00 rano, otwieramy piwko i kładziemy się spać. Kolejny dzień, kolejne przygody – to już wygląda jak standard.
Tego dnia pokonaliśmy trasę Lloret Del Mar – Millau czyli niespełna 500 km. Ale to tak naprawdę zasięg jednego zbiornika LPG który mieliśmy. Mimo trudności pierwszy dzień powrotu uważamy za udany 😀