Baner logo strony

Luźne Gacie Bez Suwaka - złombol

"Najlepsze podróże zaczynają się z pełnym bakiem i otwartym umysłem."

Chińskie samochody – opinie i ich analiza

Chińskie samochody – opinie i ich analiza

Jeśli podoba Ci się ten artykuł prosimy o udostępnienie :)

Ten tekst przeczytasz w 39 min.

Zacznijmy od wprowadzenia

Temat chińskich samochodów na rynku polskim, a szerzej europejskim, to obecnie jeden z najbardziej rozgrzewających dyskusje motoryzacyjne tematów. Pojawia się on nie tylko w rozmowach między znajomymi, ale przede wszystkim bardzo intensywnie w internecie. Opinie są przy tym skrajnie spolaryzowane – z jednej strony mamy wielu entuzjastów, z drugiej zajadłych przeciwników, broniących swoich poglądów z niemal ideologicznym zaangażowaniem.

Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak coś innego. Duża część mediów branżowych oraz internetowych influencerów wypowiada się o samochodach z Chin w sposób wyjątkowo negatywny, momentami wręcz agresywny. Czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że nie jest to już zwykła krytyka, lecz zorganizowana nagonka lub kampania strachu. I to właśnie ten aspekt najbardziej nas zainteresował.

Postanowiliśmy więc przyjrzeć się tematowi na spokojnie. Wyszukaliśmy w internecie dwanaście najczęściej powtarzających się opinii – zarówno negatywnych, jak i pozytywnych, a czasem także neutralnych – dotyczących chińskich samochodów. Każdą z nich spróbujemy przeanalizować, odnieść do faktów i skomentować z perspektywy użytkowej, gospodarczej oraz technologicznej.

Dla jasności: nie jesteśmy właścicielami chińskich samochodów. Mamy jednak znajomych, którzy takie auta posiadają i użytkują na co dzień, a sami mieliśmy okazję te pojazdy obejrzeć, dotknąć i „powąchać” – choć oczywiście była to ocena raczej pobieżna. Zdajemy sobie więc sprawę, że nie będziemy w pełni obiektywni. Z drugiej strony dokładamy do tej analizy coś, czego często brakuje w internetowych dyskusjach: dystans, doświadczenie oraz spojrzenie szersze niż tylko „podoba mi się” albo „nie podoba mi się”.

Do tego dochodzi analiza opinii pod kątem ich źródeł, skutków oraz powiązań gospodarczych, prawnych i społecznych – a w tych obszarach nieskromnie przyznajemy, że mamy pewne kompetencje. Jeśli dorzucimy do tego ogólną znajomość motoryzacji, to całość powinna złożyć się na dość ciekawą i momentami niewygodną analizę.

Artykuł, podobnie jak poprzednie, krótki nie będzie. Składa się z tuzina najczęściej pojawiających się opinii, których kolejność jest całkowicie przypadkowa i nie oznacza żadnej hierarchii ważności czy istotności.

1. „To chińskie samochody, więc nie wiadomo, jak z ich trwałością”

Zaczynamy od absolutnego klasyka. Skoro samochód jest chiński, to „na pewno nie wiadomo, jak z jego trwałością”. To stwierdzenie ma bardzo długą historię i wcale nie wzięło się znikąd.

Przez wiele lat – mniej więcej od lat 90. do okolic 2010 roku – produkty z Chin faktycznie kojarzyły się głównie z masowością i niską jakością. Do języka potocznego na stałe weszło nawet określenie „chińszczyzna”, jednoznacznie kojarzone z tandetą. W dużej mierze było to prawdziwe, ale trzeba pamiętać o kontekście: były to produkty bardzo tanie, często wytwarzane prostymi metodami, których główną zaletą miała być cena, a nie trwałość.

Równolegle jednak działo się coś jeszcze. Zachodnie firmy – najpierw z branży AGD i elektroniki, a później również motoryzacyjne – zaczęły masowo przenosić produkcję do Chin. Trafiały tam nie tylko linie produkcyjne, ale także wiedza, procesy technologiczne i standardy jakości. Chińczycy bardzo szybko zaczęli się uczyć – i co ważne, mieli ku temu idealne warunki: tanią, ale dobrze wykształconą kadrę inżynierską oraz ogromną determinację państwa, by z kraju montowni stać się krajem producentów globalnych marek.

Dobrym przykładem tej drogi jest Huawei. Początkowo marka oferowała produkty wyraźnie tańsze, ale i słabsze od zachodnich konkurentów. Około 2015 roku różnice jakościowe praktycznie zniknęły, a kilka lat później urządzenia tej marki nie tylko dorównywały konkurencji, ale często ją przewyższały. Trzeba jednak przyznać, że wówczas ich cena choć niższa zbliżyła się do konkurencji. Gdyby nie „polityczne decyzje” i w konsekwencji administracyjne blokady, dziś prawdopodobnie byłby to jeden z absolutnych dominatorów rynku globalnego (O tych decyzjach, bez realnego uzasadnienia można by napisać osobny artykuł, ale to nie jest blog polityczny). Ta historia nie jest wyjątkiem – niemal identyczną drogę wcześniej przeszła Japonia, a później Korea Południowa.

Różnica polega na czasie. Japonia potrzebowała na to około 30 – 40 lat, Korea kilkanaście, a Chiny – w elektronice – mniej niż dekadę. Patrząc na skalę chińskiej gospodarki i tempo adaptacji technologii, trudno zakładać, że w motoryzacji miałoby być inaczej.

Jeśli chodzi o samochody, chińskie marki zaczęły pojawiać się na europejskim rynku w większej skali dopiero około 2021 roku. Oznacza to, że realnie mamy dziś do czynienia z drugą generacją modeli przeznaczonych na rynki zachodnie. To zdecydowanie za krótko, by uczciwie ocenić ich długoterminową trwałość – samochody starzeją się wolniej niż elektronika i wymagają więcej czasu na rzetelną ocenę.

Na razie jednak nie widać masowych problemów z awaryjnością. Z naszych obserwacji oraz doświadczeń znajomych użytkowników wynika, że ewentualne usterki są usuwane na bieżąco w ramach gwarancji, bez większych komplikacji. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że samochody europejskie również nie są wolne od wad, co doskonale widać po liczbie akcji serwisowych i problemów wieku dziecięcego w nowych konstrukcjach.

Dostępne dane statystyczne są jeszcze bardzo ograniczone, ale przykładowo według raportu TÜV z 2024 roku odsetek chińskich samochodów, które nie przeszły badań technicznych, nie różni się znacząco od marek europejskich w podobnym wieku. W grupie aut 3–5-letnich jest on co prawda nieco wyższy (o około 0,4 punktu procentowego), ale trudno uznać to za dowód na systemową nietrwałość.

Reasumując: na dziś uczciwa odpowiedź brzmi „jeszcze nie wiemy”. Jednocześnie historia pokazuje, że chińska motoryzacja będzie bardzo mocno walczyć jakością, bo tylko w ten sposób ma szansę utrzymać się na rynkach zachodnich. Jeśli nie zostanie administracyjnie czyli politycznie zablokowana, to modele trzeciej i czwartej generacji – czyli okolice roku 2030 – najprawdopodobniej osiągną poziom trwałości i niezawodności porównywalny z europejskimi producentami. A niewykluczone, że w niektórych aspektach nawet je przewyższą.

2. „To nowe marki – nie wiadomo, czy zostaną na rynku”

To chyba jeden z najbardziej sensownych argumentów pojawiających się w dyskusjach o chińskich samochodach. I tutaj naprawdę trudno się z nim nie zgodzić.

Samochód to nie odtwarzacz CD ani nawet pralka. Zniknięcie marki z rynku może oznaczać nie tylko problemy z gwarancją, ale w skrajnych przypadkach realny brak serwisu, części zamiennych i wsparcia technicznego. Dla przeciętnego europejskiego klienta jest to ryzyko absolutnie kluczowe – i zupełnie zrozumiałe, bo auto to jednak spory wydatek.

Dodatkowym problemem jest to, że chińskich marek jest po prostu bardzo dużo. Zanim europejski klient zdąży się osłuchać z jedną nazwą, na rynku pojawiają się kolejne. Więc klienci czasem maja wrażenie, że tych marek jest jak królików. Do tego dochodzi chaos informacyjny – marki są często mylone z koncernami, a media nie zawsze jasno tłumaczą, kto za kim stoi.

W Europie sytuacja jest czytelniejsza: mamy koncern Volkswagena i jego marki, koncern Stellantis i jego portfolio itd. W Chinach wygląda to bardzo podobnie, ale z perspektywy europejskiego odbiorcy jest to nowy i mało znany świat.

Na naszym rynku funkcjonują już jednak marki, które nie są zupełnymi debiutantami. Przykładem może być MG (należące do SAIC Motor) czy BYD, obecne w Europie od kilku lat. W 2024 roku na rynek europejski szerzej wszedł także koncern Chery ze swoimi markami Omoda i Jaecoo, od razu inwestując w widoczną i dość agresywnie rozwijaną sieć dealerską. Zresztą oprócz Chińczyków na rynek europejski w ostatnim czasie wchodzą inne egzotyczne marki jak turecki Togg czy wietnamski VinFast.

Z drugiej strony warto pamiętać, że chińskie koncerny są w Europie od dawna, tylko często pod innymi szyldami. Geely przejęło Volvo już w 2010 roku, a później także Lotusa. To pokazuje, że chińska obecność w europejskiej motoryzacji nie jest żadnym nagłym eksperymentem, tylko procesem trwającym od kilkunastu lat.

Jednocześnie branżowe media zapowiadają wejście kolejnych marek, takich jak Leapmotor czy Zeekr, co tylko potęguje wrażenie „zalewu” nowości. I tu dochodzimy do sedna: ryzyko zniknięcia części marek faktycznie istnieje, nawet jeśli stoją za nimi potężne koncerny. Historia motoryzacji zna wiele przypadków marek, które nie przetrwały – i to nie tylko chińskich.

Co jednak istotne, udział chińskich samochodów w rynku europejskim przestał być marginalny. Sprzedaż rośnie, sieci dealerskie się rozbudowują, a to oznacza, że zniknięcie z dnia na dzień staje się coraz trudniejsze i coraz droższe dla producentów.

Paradoksalnie największym zagrożeniem dla trwałości obecności chińskich marek w Europie nie jest dziś rynek ani klienci, lecz polityka. Potencjalne wysokie cła, dodatkowe regulacje czy ograniczenia dotyczące nawet samochodów składanych w Europie z chińskich komponentów mogą sprawić, że utrzymywanie sieci dealerskich przestanie się opłacać. A jeśli zniknie sieć dealerska, to nawet dobre samochody stają się problemem dla użytkowników.

Reasumując: obawa jest realna i w pełni uzasadniona. Ryzyko zniknięcia części marek istnieje, choć niekoniecznie z powodów jakościowych czy popytowych. W dużej mierze to, czy chińskie marki zostaną w Europie na dłużej, zależy nie od nich samych, lecz od decyzji europejskich polityków i regulatorów rynku.

3. „Serwis, dostępność części i sieć dealerska to wąskie gardło”

To bardzo sensowny argument – a przynajmniej tak brzmiący. Jest też jednym z najczęściej powtarzanych przez sceptyków chińskich samochodów i często pojawia się w mediach jako „argument koronny”. Na pierwszy rzut oka trudno się z nim nie zgodzić: bo co nam po samochodzie, do którego nie da się kupić części albo na które trzeba czekać miesiącami?

Na początku 2025 roku na jednym z dużych portali motoryzacyjnych pojawił się artykuł narzekający na rzekome problemy z dostępnością części do modelu Omoda 5. Autor wskazywał, że poza elementami eksploatacyjnymi – tarczami, klockami hamulcowymi, sworzniami czy pojedynczymi częściami silnika – „niczego nie da się kupić”.

I tu dochodzimy do sedna.

W momencie, gdy ten artykuł powstawał, samochody marki Omoda były na polskim rynku nie dłużej niż dwa lata. Oznacza to, że wszystkie egzemplarze były objęte gwarancją producenta. W takich warunkach właściciele nie serwisują samochodów „pod blokiem”, tylko jadą do autoryzowanego serwisu dealerskiego, gdzie części są dostępne w systemie producenta. To absolutna oczywistość – i dokładnie tak samo wygląda to u każdego innego producenta, niezależnie od kraju pochodzenia.

Dla porównania sprawdziliśmy dostępność części do bardziej „oswojonego” modelu, jakim jest MG 4 z 2022 roku. I tu okazuje się, że podstawowe części eksploatacyjne są już dostępne bez większego problemu. Oczywiście wybór jest mniejszy niż w przypadku Golfa czy Astry, ale mówimy o samochodzie, który na rynku jest raptem kilka lat. To absolutnie normalny etap rozwoju zaplecza częściowego.

Trzeba jasno powiedzieć: chińskie marki są w Europie wciąż mało popularne, więc niezależni producenci części zamiennych dopiero kalkulują opłacalność wejścia w ten segment. Nikt nie uruchamia produkcji całych katalogów części do aut, które dopiero zaczynają się sprzedawać. Gdy samochody się postarzeją, wypadną z gwarancji i zaczną trafiać do niezależnych warsztatów, zapotrzebowanie na części gwałtownie wzrośnie – i wtedy one się po prostu pojawią.

Dokładnie tak samo było z samochodami koreańskimi na początku lat 2000. Wtedy też wszyscy mówili: „Po co ci Hyundai albo Kia, przecież do tego nie ma części”. Kilka lat później okazało się, że części są wszędzie, bo niezależni producenci bardzo chętnie weszli w segment, który po prostu stał się opłacalny.

Co więcej, problemy z dostępnością części nie są domeną chińskich marek. Nawet w przypadku nowych modeli europejskich czy japońskich często zdarza się, że przez pierwsze 2–3 lata od premiery części zamienne są dostępne wyłącznie w ASO. To standard rynkowy, a nie chińska anomalia.

Jeśli chodzi o sam serwis – sprawa jest jeszcze prostsza. Te samochody są nowe, więc serwisuje się je tam, gdzie się je kupiło. Dealerzy chińskich marek posiadają własne zaplecze serwisowe, bo inaczej nie mogliby w ogóle sprzedawać samochodów objętych gwarancją. W praktyce to właśnie w ASO dostęp do części jest dziś najłatwiejszy.

Rzeczywistym problemem przez pewien czas była gęstość sieci dealerskiej. I tu faktycznie można było mieć zastrzeżenia – szczególnie w przypadku marek takich jak BYD czy MG, które początkowo miały niewiele punktów sprzedaży i serwisu. Natomiast przykład Chery (Omoda, Jaecoo) pokazuje, że wejście na rynek można zrobić inaczej: najpierw szeroka sieć dealerska, potem sprzedaż. A skoro są salony, to są też serwisy.

Niezależne warsztaty? One zawsze przychodzą później. Gdy park samochodów się powiększy i pojawi się realny popyt, mechanicy po prostu nauczą się te auta obsługiwać – dokładnie tak samo, jak nauczyli się obsługiwać koreańskie, francuskie czy włoskie konstrukcje.

Tak naprawdę największym zagrożeniem dla dostępności części nie jest dziś sama chińskość tych samochodów, tylko polityka. Jeśli Europa zdecyduje się zablokować import chińskich aut – a przy okazji także części – to problem rzeczywiście może się pojawić. Ale w momencie, gdy tych samochodów będzie na drogach dużo, taki ruch wywołałby potężny opór społeczny i gospodarczy.

Reasumując: na dziś nie ma powodów do paniki. Problemy z częściami do bardzo młodych modeli są normalnym etapem rynkowym, a nie dowodem na systemową porażkę. Jeśli chińskie marki pozostaną w Europie – a wszystko na to wskazuje – to temat dostępności części i serwisu sam się rozwiąże, dokładnie tak, jak rozwiązywał się już wielokrotnie w historii motoryzacji.

4. „Chińczycy tylko nieudolnie kopiują europejską stylistykę.”

Zacznijmy od rzeczy podstawowej: stylistyka i wygląd samochodu to kwestia gustu. To, co dla jednych jest brzydkie, dla innych bywa interesujące albo przynajmniej akceptowalne. Wystarczy spojrzeć na takie konstrukcje jak Fiat Multipla czy Pontiac Aztek – obiektywnie dalekie od ideału, a mimo to znalazły swoich nabywców i dziś funkcjonują wręcz jako ikony „kontrowersyjnego designu”.

Jeżeli cofniemy się do początku lat 2000, to trzeba uczciwie przyznać: Chińczycy faktycznie nie potrafili projektować atrakcyjnych samochodów. W tamtym okresie dominowało bezpośrednie kopiowanie europejskich modeli, często w bardzo prymitywnej formie. Powstawały stylistyczne hybrydy i mutacje – przód przypominający Opla, tył rodem z dostawczaka, proporcje bez ładu i składu. To był etap nauki przez imitację, który dziś chętnie się wypomina.

Problem w tym, że ten etap dawno się skończył.

Chińskie koncerny bardzo szybko zrozumiały dwie rzeczy:

  1. Bezwstydne kopiowanie nie ma racji bytu na rynkach zachodnich, gdzie obowiązują regulacje prawne, ochrona własności intelektualnej i realne ryzyko procesów.
  2. Jeśli chcą sprzedawać samochody w Europie i USA, muszą projektować je dokładnie pod gusta i oczekiwania zachodnich klientów.

A skoro sami nie mieli jeszcze odpowiednich kompetencji stylistycznych, zrobili to, co w globalnej gospodarce jest absolutnie normalne: kupili kompetencje.

Chińskie koncerny bardzo szybko doszły do wniosku, że zamiast uczyć się designu latami, wystarczy zatrudnić ludzi, którzy już ten design tworzyli. Dlatego zaczęły masowo ściągać do siebie czołowych projektantów z Europy i Japonii – ludzi z absolutnej pierwszej ligi motoryzacyjnego wzornictwa. Dla chińskich marek projektowali lub nadal projektują m.in. Peter Horbury (wcześniej Volvo, Ford, Aston Martin), Stefan Sielaff (Audi, Bentley, Mercedes), Jozef Kabaň (Škoda, Audi, BMW) czy Ken Okuyama (Pininfarina, Ferrari). Równolegle chińskie koncerny otworzyły studia projektowe w Europie, wyposażone w dokładnie te same narzędzia (Alias, CATIA), pracujące pod te same normy (Euro NCAP, ergonomia UE) i projektujące auta dla dokładnie tego samego klienta, dla którego projektują dziś europejskie marki. W efekcie chińskie samochody wyglądają „europejsko” nie dlatego, że są kopiami, lecz dlatego, że rysują je ci sami ludzie, w tym samym środowisku projektowym i według tych samych założeń rynkowych.

Efekt?
Chińskie samochody zaczęły wyglądać jak europejskie, bo… są projektowane przez Europejczyków.

I tu dochodzimy do sedna nieporozumienia. Bardzo często słyszy się zarzut: „te auta są do siebie podobne”. Tylko że dokładnie to samo można powiedzieć o wielu markach europejskich. Skoda Octavia i Audi A4? BMW serii 3 i 5? Mercedesy z ostatnich lat? Wystarczy rzut oka z dystansu, by zauważyć, jak bardzo stylistyka się ujednoliciła. To nie jest kopiowanie – to konsekwencja wspólnych trendów, norm i oczekiwań rynku.

Chińskie marki, dając projektantom większą swobodę niż często bywa to w Europie, zaczęły dodatkowo eksperymentować z formą. W efekcie ich auta są często:

  • bardziej odważne stylistycznie,
  • wyraźniej „nowoczesne”,
  • mniej zachowawcze niż klasyczne konstrukcje europejskie.

Czy każdemu to odpowiada? Oczywiście, że nie. Ale twierdzenie, że są „nieudolną kopią”, nie ma już nic wspólnego z rzeczywistością.

Czy Chińczycy nauczą się projektować w pełni samodzielnie, bez udziału europejskich designerów? Być może. Ale z ich punktu widzenia to pytanie jest w zasadzie bez znaczenia. Skoro mogą kupić najlepsze kompetencje na świecie, to nie mają żadnego powodu, by rezygnować z takiego modelu. Zwłaszcza że design jest jednocześnie jednym z tańszych elementów całego procesu produkcji, a jednocześnie jednym z najważniejszych z punktu widzenia sprzedaży.

Reasumując:
Obecnie to nie jest kopiowanie. To globalny rynek talentów i bardzo świadoma strategia. Chińskie samochody wyglądają dziś „europejsko”, bo są projektowane dokładnie w tym samym ekosystemie, przez tych samych ludzi i dla tego samego klienta. A czy komuś się podobają – to już zupełnie inna, czysto subiektywna historia.

5. „Chińskie samochody mają bardzo mało opcji personalizacji”

To jest w zasadzie prawda i tu można by skończyć. Większość modeli oferowana jest w jednej, dwóch, maksymalnie trzech wersjach wyposażenia. Podobnie wygląda sprawa z silnikami – zazwyczaj do wyboru mamy jedną jednostkę spalinową (często hybrydową) albo wersję w pełni elektryczną. Zakres personalizacji ogranicza się zwykle do koloru nadwozia oraz ewentualnie koloru tapicerki (a i to nie zawsze) i na tym koniec.

Pytanie brzmi jednak: czy to wada, czy zaleta? I tutaj sami mamy dość ambiwalentne odczucia, choć bliżej nam do uznania tego za zaletę. Nawet najtańsze wersje chińskich samochodów są bowiem bardzo bogato wyposażone. Standardem są elementy, które w autach europejskich często występują jako drogie opcje: podgrzewane fotele i kierownica, wentylacja, masaż, rozbudowana elektryczna regulacja siedzeń, pełen pakiet systemów bezpieczeństwa, adaptacyjny tempomat, radary, kamery i czujniki praktycznie z każdej strony. W praktyce „biedna wersja” często oznacza auto, które ma niemal wszystko.

Z punktu widzenia producenta i marketingu takie podejście ma też spory sens. Ograniczenie konfiguracji upraszcza proces zakupowy i eliminuje klasyczne „wybrzydzanie” w konfiguratorze. Samochód jest taki, jaki jest – albo go chcesz, albo nie. A że zwykle jest dobrze wyposażony i relatywnie tani w stosunku do tego, co oferuje, to wielu klientów po prostu go chce.

Co istotne, nie jest to wyłącznie cecha chińskiej motoryzacji. Bardzo podobną filozofię od lat stosują producenci japońscy i koreańscy. Dobrym przykładem jest Honda Civic 11. generacji – jeden silnik, dwie wersje wyposażenia, wybór koloru nadwozia i tapicerki. Koniec konfiguracji. Opcje dodatkowe ograniczają się do detali w rodzaju dywaników czy akcesoriów.

Z drugiej strony mamy europejskich producentów klasy premium. W konfiguratorach BMW czy Audi wybór jest ogromny, ale szybko okazuje się, że sensowne opcje są drogie, a często dostępne wyłącznie w pakietach z rzeczami zupełnie zbędnymi. Chcesz lepsze reflektory – musisz dobrać wyższą wersję silnikową. Chcesz podgrzewaną kierownicę – dostajesz ją tylko razem z kosmicznie drogą tapicerką ze „skóry lamy himalajskiej”. Teoretycznie to „wolność wyboru”, w praktyce często irytująca łamigłówka i mocne drenowanie portfela.

Dlatego brak szerokiej personalizacji w chińskich samochodach nie jest ani zjawiskiem wyjątkowym, ani jednoznacznie negatywnym. Upraszcza proces zakupu, ogranicza cenowe pułapki i sprawia, że klient dostaje dobrze wyposażony samochód bez konieczności przekopywania się przez setki opcji. A jeśli „brak wyboru” oznacza w praktyce „masz wszystko w standardzie”, to sam wybór staje się zwyczajnie zbędny.

6. „W tej cenie nie kupisz nic podobnego europejskiego”

To jest chyba koronny argument wszystkich osób, które zdecydowały się na zakup samochodu chińskiego. I… trudno się z nim nie zgodzić, bo w dużej mierze jest po prostu prawdziwy.

Wystarczy zestawić ze sobą konkretne modele. Przykładowo: na czerwiec 2025 roku hybrydowa Omoda 5 w wersji Premium, czyli praktycznie „wszystko mającej”, kosztuje około 135 tys. zł. Dla porównania Skoda Kodiaq w topowej wersji Sportline to wydatek rzędu 195 tys. zł. Różnica wynosi więc około 60 tys. zł, a mimo to Skoda nadal nie oferuje wielu elementów wyposażenia, które w Omodzie są standardem. I w tym momencie naprawdę trudno się dziwić, że ktoś zadaje pytanie: o czym my w ogóle rozmawiamy?

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że ceny Kodiaqa zaczynają się już od około 130 tys. zł, czyli podobnie jak Omoda. Tylko że w tej cenie mówimy o wersji bardzo podstawowej, która wyposażeniowo nie ma praktycznie nic wspólnego z chińskim odpowiednikiem. A porównujemy auta zbliżone segmentowo, oba jako miękkie hybrydy, adresowane do podobnego klienta.

Często w tym miejscu pojawia się argument o „nieuczciwej konkurencji” i dotacjach ze strony rządu chińskiego, które rzekomo zalewają Europę tanimi samochodami, nawet mimo ceł sięgających około 30%. I częściowo jest to prawda. Problem polega jednak na tym, że niemal nikt nie mówi głośno o drugiej stronie medalu – o tym, że Unia Europejska sama sztucznie podniosła ceny nowych samochodów poprzez flotowe limity emisji CO₂, kary, podatki i całą masę regulacji, które finalnie płaci klient końcowy.

Co więcej, te same regulacje w dużej mierze obejmują również samochody chińskie sprzedawane w Europie. A jeśli spojrzymy na to, co działo się w ostatnich miesiącach w salonach marek europejskich, gdzie rabaty w niektórych koncernach sięgały nagle 20–30 tys. zł, to jasno widać, że producenci europejscy, przekonani o własnej zajebistości, wcześniej sami wywindowali ceny do absurdalnych poziomów. Przed pojawieniem się chińskiej konkurencji sprzedaż spadała, ale zyski koncernów rosły, co oznacza jedno – marże znacząco się zwiększyły.

Dziś, gdy samochody chińskie realnie zaczynają wchodzić na rynek europejski i zyskiwać klientów, bardzo trudno będzie je z tego rynku „wypchnąć”. A z punktu widzenia klienta końcowego to akurat dobra wiadomość. Każda realna konkurencja działa na jego korzyść.

Reasumując: tak, chińskie samochody przy porównywalnym wyposażeniu i możliwościach są wyraźnie tańsze od europejskich odpowiedników. Różnice sięgające realnie 25–30% ceny zakupu nowego auta są ogromne. I zupełnie nie dziwi fakt, że dla wielu kupujących to wystarczająca motywacja, by zaryzykować i sięgnąć po markę, która jeszcze kilka lat temu była dla nich zupełnie nieznana.

7. „Chińskie samochody nie mogą być dobre, skoro w Chinach od lat popularne są marki europejskie”

To argument, który kiedyś faktycznie był prawdziwy, ale dziś w dużej mierze stracił aktualność.

Jeszcze mniej więcej do 2015 roku w Chinach niemal każda licząca się europejska marka miała swoje przedstawicielstwo, produkcję lub montownie. Na tamtejszym rynku bez problemu można było kupić Volkswagena, Skodę, Peugeota, a także marki premium, takie jak Audi, BMW czy Mercedes, oraz marki stricte luksusowe – Porsche, Bentley czy Maybach. Oczywiście były to często modele dostosowane do lokalnych preferencji, mimo zachowania tej samej nazwy modelowej, co wynikało ze specyfiki rynku chińskiego.

W tamtym okresie europejskie marki – zwłaszcza te ze średniej półki, jak Volkswagen czy Peugeot – sprzedawały się w Chinach bardzo dobrze i były szczególnie popularne wśród bardziej zamożnej klasy średniej. Europejskie pochodzenie kojarzyło się z jakością, prestiżem i nowoczesnością.

Około 2015 roku sytuacja zaczęła się jednak dynamicznie zmieniać. To był moment, w którym chińskie koncerny motoryzacyjne masowo zaczęły zatrudniać europejskich projektantów, inwestować w design, wnętrza i technologię, a także lepiej rozumieć potrzeby własnego rynku. Wtedy okazało się, że europejskie samochody – zwłaszcza te z segmentu popularnego – przestały być atrakcyjne dla chińskiego klienta, ani pod względem stylistyki, ani wyposażenia, ani przede wszystkim relacji ceny do tego, co oferują.

Efektem był wyraźny odwrót od marek mainstreamowych. Wielu europejskich producentów zaczęło ograniczać sprzedaż, zamykać salony i redukować sieci dealerskie. Miejsce to bardzo szybko zajęły samochody rodzimej produkcji, które lepiej trafiały w gust lokalnego odbiorcy, oferowały nowocześniejsze wnętrza, więcej technologii i często dużo korzystniejszą cenę.

Oczywiście marki stricte premium – przede wszystkim Mercedes, BMW czy Porsche – nadal znajdują w Chinach swoich klientów w podobnych ilościach. Dla tej grupy odbiorców są one symbolem prestiżu i statusu społecznego, a nie tylko środkiem transportu. Jednak całkowity wolumen sprzedaży tych marek, podobnie jak na innych rynkach świata, jest relatywnie niewielki w stosunku do ogółu i nie ma decydującego wpływu na ogólny obraz rynku.

Reasumując: to, co kiedyś było oczywiste – że europejski samochód w Chinach oznacza „lepszy samochód” – dziś już takim nie jest. Dla dużej części chińskich klientów auta rodzimej produkcji są równie dobre, a często po prostu lepiej dopasowane do ich oczekiwań. I właśnie ten proces, który już się wydarzył w Chinach, zaczynamy obserwować teraz – z opóźnieniem – na rynku europejskim.

8. „Silniki spalinowe w chińskich hybrydach są kiepskie”

Jeżeli spojrzymy historycznie na rozwój silników spalinowych, to trudno wskazać konstrukcję chińskiego pochodzenia, która przed rokiem 2010 zapisałaby się jakkolwiek w świadomości rynku. Próbowaliśmy znaleźć starsze, szerzej znane i dobrze oceniane jednostki spalinowe chińskiej konstrukcji – bez większego powodzenia. Można więc uczciwie przyznać, że Chińczycy długo nie potrafili projektować trwałych, oszczędnych i wydajnych silników spalinowych.

Realny rozwój tej dziedziny w chińskiej motoryzacji rozpoczął się dopiero około 2010 roku, kiedy koncern Geely przejął Volvo wraz z całym zapleczem technologicznym i know-how. Efektem tej współpracy są dziś m.in. nowoczesne jednostki 2.0 Turbo stosowane w samochodach tej grupy. Z kolei koncern SAIC (właściciel marki MG) bazuje na starszej, sprawdzonej konstrukcji 1.5 Turbo wywodzącej się jeszcze z rozwiązań Rovera. Chery, czyli właściciel marek Omoda i Jaecoo, stosuje w swoich hybrydach silniki 1.5 Turbo, które – choć nie mamy tu pełnej pewności – wydają się być rozwinięciem koreańskich konstrukcji z rodziny 1.6 GDI.

Na papierze wygląda to całkiem nieźle. Jednostki te oferują zazwyczaj od 120 do 160 KM oraz moment obrotowy rzędu 200–250 Nm, spełniają normę Euro 6 i posiadają wszystkie wymagane europejskie homologacje. Problem pojawia się jednak w praktyce.

Po pierwsze, są to silniki montowane głównie w dużych, ciężkich SUV-ach, często ważących blisko dwie tony. W takiej konfiguracji trudno oczekiwać dobrych osiągów czy wybitnej elastyczności – cudów po prostu nie ma. W mniejszych modelach, takich jak Omoda 5, jednostki te radzą sobie przyzwoicie i pozwalają na normalną, spokojną jazdę, choć nadal bez sportowych emocji.

Po drugie – i to jest kluczowy problem – wysokie zużycie paliwa. Z opinii naszych znajomych oraz testów branżowych wynika, że hybrydowa Omoda 5 w realnych warunkach potrzebuje około 9 l/100 km. To wynik wyraźnie gorszy niż w przypadku europejskich odpowiedników. Dla porównania: półtoralitrowy silnik 150 KM w Audi Q3, bez hybrydy, potrafi zejść do okolic 6,5–7,5 l/100 km, a Skoda Kodiaq PHEV z miękką hybrydą osiąga bardzo podobne, choć nieco mniejsze wartości.

W praktyce oznacza to, że chińskie jednostki spalinowe zużywają nawet 15–20% więcej paliwa niż porównywalne silniki europejskie w porównywalnych modelach. I to właśnie spalanie – a nie sama moc czy kultura pracy – okazuje się ich największą słabością.

Reasumując: opinia o kiepskich silnikach spalinowych w chińskich hybrydach niestety jest obecnie w dużej mierze prawdziwa. Jednostki te nie tylko nie zachwycają osiągami, ale przede wszystkim są wyraźnie mniej oszczędne. Decydując się na taki samochód, warto mieć to na uwadze – zwłaszcza jeśli ktoś liczy, że hybryda automatycznie oznacza niskie zużycie paliwa.

9. „Elektronika jest fajna, ale bywa niedopracowana”

To kolejny często powtarzający się argument podnoszony przez sceptyków chińskiej motoryzacji. I jak to zwykle bywa – jest w nim trochę prawdy, ale nie cała historia.

Z doświadczeń naszych znajomych, ale też z własnych obserwacji, można wyciągnąć dość klarowny wniosek. W europejskich samochodach klasy premium elektronika działa zazwyczaj bardzo sprawnie pod względem wydajnościowym – ekrany reagują szybko, animacje są płynne, a opóźnienia praktycznie niewyczuwalne. W samochodach klasy średniej i niższej, także europejskich, opóźnienia interfejsów są już czymś zupełnie normalnym. I dokładnie w tym samym miejscu plasują się dziś samochody chińskie – czasami lag się pojawi, ale mieści się on w granicach akceptowalnych.

Problemem, o którym mówi się częściej, jest raczej niedopracowanie interfejsów, rozumiane jako ich użyteczność w codziennym życiu. I tu trzeba uczciwie przyznać: w porównaniu do najlepszych europejskich systemów chińskie rozwiązania potrafią wypadać gorzej. Menu bywa nielogiczne, niektóre funkcje są głęboko ukryte, grafiki potrafią być niespójne, a część ustawień znajduje się na zupełnie nieintuicyjnych poziomach. Czasem odnosi się wrażenie, że projektant wiedział, co chce dać użytkownikowi, ale nie do końca wiedział, jak ten użytkownik z tego będzie korzystał.

Z drugiej strony warto zachować proporcje. Opinie o „tragicznych interfejsach” często wygłaszają osoby, które najwyraźniej nigdy nie próbowały wyłączyć systemu Auto Stop w Peugeocie 208, gdzie wymaga to kilku kliknięć w menu, albo nie korzystały z multimediów w japońskich Hondach, gdzie niespójność interfejsu i powolność działania potrafią być wręcz frustrujące. Na tym tle chińskie systemy wcale nie wyglądają tak źle.

Co więcej – i to jest ogromny plus – Chińczycy bardzo poważnie podchodzą do aktualizacji oprogramowania. Aktualizacje systemów multimedialnych i sterowania pojazdem pojawiają się często, są wgrywane przy okazji serwisów, a coraz częściej również zdalnie. Poprawiają błędy, usprawniają działanie i dodają nowe funkcje. W samochodach europejskich i japońskich poprawki interfejsów potrafią pojawić się po latach albo… nigdy.

Warto też powiedzieć jasno: chińskie samochody są dziś prawdziwymi majstersztykami elektroniki. Wszystko, co tylko da się skomputeryzować, jest skomputeryzowane. Funkcje, za które w samochodach europejskich trzeba dopłacać w pakietach lub abonamentach, w chińskich autach są standardem. Rozbudowane systemy asyst, personalizacja ustawień auta, profile kierowcy, sterowanie klimatyzacją, fotelami, oświetleniem, systemami bezpieczeństwa – wszystko to zazwyczaj znajduje się w jednym, centralnym systemie multimedialnym i jest dostępne bez dopłat.

Naszym zdaniem chińskie marki dojdą do tego samego wniosku, do którego doszły wcześniej w kwestii stylistyki. Zatrudnią najlepszych specjalistów od UX i HMI, zapłacą im odpowiednie pieniądze i w krótkim czasie dopracują interfejsy do poziomu bardzo wysokiego. Zakładamy, że w perspektywie 3–5 lat chińskie systemy multimedialne będą nie tylko poprawne, ale wręcz wzorcowe – a wtedy to europejskie auta mogą zacząć wyglądać pod tym względem na przestarzałe.

Reasumując: elektronika w chińskich samochodach bywa jeszcze niedoskonała pod względem ergonomii, ale technologicznie jest bardzo zaawansowana, stale rozwijana i już dziś oferuje znacznie więcej w standardzie niż większość europejskich konkurentów.

10. „Bezpieczeństwo jest niejasne – testy to jedno, życie drugie”

To jeden z trudniejszych tematów do rzetelnej oceny. Idealnym scenariuszem byłoby rozbicie dwóch porównywalnych samochodów – jednego chińskiego i jednego europejskiego – w identycznych, rzeczywistych warunkach i sprawdzenie efektów. Oczywiście w praktyce jest to niemożliwe, dlatego w dużej mierze musimy opierać się na testach zderzeniowych oraz analizie konstrukcji pojazdów.

Jeszcze 15–20 lat temu sceptycy mieli bardzo mocne argumenty. Pierwsze chińskie samochody, często będące topornymi kopiami europejskich modeli, w testach zderzeniowych wypadały fatalnie. Konstrukcje były słabe, brakowało zaawansowanych systemów bezpieczeństwa, a wyniki rzędu dwóch czy trzech gwiazdek w testach Euro NCAP nie należały do rzadkości. Te auta faktycznie potrafiły składać się „jak domki z kart”.

Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Aktualne modele chińskich marek sprzedawane w Europie nie odbiegają wynikami bezpieczeństwa od samochodów europejskich czy japońskich. Dotyczy to zarówno bezpieczeństwa biernego, aktywnego, ochrony dzieci, jak i pieszych. W testach Euro NCAP coraz częściej widzimy pełne pięć gwiazdek, a wyposażenie w systemy wspomagające kierowcę jest często bogatsze niż u konkurencji z Europy.

Naszym zdaniem bardzo duży przełom nastąpił po 2010 roku, kiedy koncern Geely przejął Volvo. Wraz z marką przejęto nie tylko logo, ale przede wszystkim know-how, zaplecze technologiczne i inżynierów. A Volvo – niezależnie od sympatii czy antypatii – od dekad kojarzy się z bezpieczeństwem i solidnością konstrukcji. Trudno uwierzyć, by wiedza ta nie była wykorzystywana szerzej w ramach chińskiej motoryzacji. Patrząc na tempo rozwoju pozostałych koncernów, można wręcz założyć, że wymiana technologii i kompetencji w Chinach jest powszechna, bo inaczej tak szybki postęp całej branży byłby niemożliwy.

Zakładamy również, że w samochodach przeznaczonych na rynek europejski nie oszczędza się celowo na materiałach konstrukcyjnych, bo byłoby to dla chińskich producentów strzałem w kolano. Długofalowo byłoby to ekonomicznie i wizerunkowo kompletnie nieuzasadnione. Nie ma gorszej reklamy niż medialna informacja o tym, że nowy chiński samochód okazał się „trumną na kółkach”. Dla marek dopiero budujących zaufanie na europejskim rynku taka wpadka byłaby niezwykle trudna do odrobienia – nawet niską ceną.

Reasumując: choć rzeczywistość zawsze weryfikuje laboratoryjne testy, nie ma dziś żadnych twardych podstaw, by twierdzić, że chińskie samochody są mniej bezpieczne od europejskich. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że producenci z Chin przykładają do bezpieczeństwa ogromną wagę, bo wiedzą, że to jeden z kluczowych elementów walki o zaufanie klientów na Zachodzie.

11. „Chińczycy mają przewagę w bateriach i elektronice mocy”

O ile wcześniej wskazywaliśmy na słabości chińskich samochodów w zakresie silników spalinowych – które są poprawne konstrukcyjnie, ale często wypadają gorzej pod względem spalania i efektywności – o tyle w obszarze napędów elektrycznych, baterii oraz elektroniki mocy Chińczycy są bezsprzecznymi liderami światowymi.

Wystarczy spojrzeć na przykład Tesli, czyli marki-symbolu elektromobilności. Choć jest to firma amerykańska, to znaczna część Tesli sprzedawanych w Europie korzysta z baterii litowo-żelazowo-fosforanowych (LFP) produkowanych w Chinach. Dotyczy to zwłaszcza Modelu 3 i Modelu Y. Tesla oczywiście współpracuje również z innymi dostawcami, takimi jak japoński Panasonic czy koreańskie LG Energy Solution, jednak realnie chińskie baterie stanowią dziś fundament europejskiej elektromobilności.

Podobnie wygląda sytuacja z inwerterami i szeroko pojętą elektroniką mocy. Nawet jeśli część półprzewodników pochodzi z Tajwanu, to montaż, integracja i duża część całych układów realizowana jest w Chinach. Co więcej, większość europejskich marek oferujących auta elektryczne, hybrydy plug-in czy klasyczne hybrydy korzysta z komponentów produkowanych właśnie tam.

Nie jest to przypadek. Samochody elektryczne zaczęły się masowo popularyzować w Chinach już 20–25 lat temu. W tym czasie Europa wciąż traktowała elektromobilność jako ciekawostkę lub projekt pilotażowy. Efekt jest taki, że Chiny nie tylko rozwinęły technologie bateryjne, ale potrafią je błyskawicznie wdrażać produkcyjnie. Dobrym przykładem są baterie sodowo-jonowe, które w Chinach już trafiają do realnych zastosowań, podczas gdy w Europie wciąż mówi się głównie o grantach na badania i rozwój tej technologii.

Patrząc obiektywnie, Europa w obszarze elektromobilności jest dziś spóźniona o co najmniej 5–10 lat względem Chin. Co gorsza, polityczne decyzje Unii Europejskiej wymuszające gwałtowne przejście na napędy elektryczne sprawiają, że europejska elektromobilność musi być w dużej mierze oparta na chińskich technologiach, bo alternatywy po prostu nie ma.

Dodatkowo Chiny mają ogromną przewagę w dostępie do surowców strategicznych. Przez lata budowały globalne łańcuchy dostaw i zależności gospodarcze, dzięki czemu mają szeroki dostęp do litu, niklu, kobaltu i innych materiałów kluczowych dla produkcji baterii. To daje im przewagę nie tylko technologiczną, ale i geopolityczną.

Reasumując: stwierdzenie, że Chińczycy mają przewagę w bateriach i elektronice mocy, jest w pełni prawdziwe. W praktyce tylko Japonia i częściowo Korea Południowa są dziś w stanie realnie konkurować z Chinami w tym obszarze. Europa natomiast – bez dostaw technologii i komponentów z Chin – nie jest obecnie w stanie ani samodzielnie produkować baterii na dużą skalę, ani rozwijać elektromobilności w tempie, które sama sobie narzuciła.

12. „Chińskie samochody bardzo szybko tracą na wartości”

To stwierdzenie jest w dużej mierze prawdziwe, ale – jak zwykle – wymaga kontekstu i kilku ważnych doprecyzowań.

Według danych z portalu OtoMoto chińskie samochody tracą po około trzech latach użytkowania średnio 40% swojej wartości, podczas gdy samochody marek europejskich około 30%. Jeśli jednak zawęzimy porównanie wyłącznie do samochodów elektrycznych i hybryd europejskich, okaże się, że ich spadek wartości sięga już około 35%. To oznacza, że część różnicy nie wynika z „chińskości”, lecz z samego rodzaju napędu. Auta elektryczne i hybrydy – niezależnie od kraju pochodzenia – tracą dziś na wartości szybciej niż klasyczne samochody spalinowe.

Realna ocena utraty wartości chińskich aut stricte spalinowych jest zresztą bardzo trudna, bo takich modeli praktycznie nie ma. Chińska ekspansja w Europie opiera się głównie na elektrykach i hybrydach, a te – jak już wiemy – mają naturalnie słabszą pozycję na rynku wtórnym.

Drugim istotnym czynnikiem jest rozpoznawalność marek. Chińskie brandy są w Europie nadal młode, słabo zakorzenione i mało znane. Skoro popyt na nowe auta jest jeszcze ograniczony, to rynek wtórny reaguje tym bardziej zachowawczo. To mechanizm dobrze znany z przeszłości – identycznie wyglądała sytuacja, gdy na rynek europejski wchodziły marki koreańskie. Używane Hyundai’e czy Kia przez lata sprzedawały się słabo, dopóki nowe modele nie zyskały masowej popularności i zaufania klientów.

Warto też pamiętać, że utrata wartości zawsze jest silnie powiązana z wizerunkiem marki. Są producenci, którzy tracą szybciej mimo dużej popularności (np. Skoda czy Renault), oraz tacy, którzy trzymają cenę lepiej (jak Toyota). Rynek wtórny w ogromnym stopniu opiera się na uproszczonych stereotypach:

  • francuskie auto = problemy z elektroniką,
  • Toyota = trwałe,
  • Honda, Mazda = zgnije
  • Fiat = sam się rozkręci na dziurach
  • Volkswagen = „niemiecka solidność”.

Takie uproszczenia – często oderwane od rzeczywistości – realnie wpływają na ceny używanych samochodów. W przypadku aut chińskich dominuje dziś jedno pytanie: „jak to się zestarzeje?”. I dopóki rynek nie pozna odpowiedzi, ceny będą pod presją.

Trzeba też uczciwie dodać, że obecna generacja chińskich samochodów (od ok. 2020 roku) może w przyszłości ujawnić tzw. choroby wieku dziecięcego. To naturalne zjawisko przy nowych platformach, technologiach i producentach dopiero uczących się realiów rynku europejskiego.

Podsumowując: tak, chińskie samochody dziś tracą na wartości szybciej – ale:

  • częściowo dlatego, że są to głównie elektryki i hybrydy,
  • częściowo przez niską rozpoznawalność marek,
  • częściowo przez niepewność co do długoterminowej trwałości.

Jednocześnie warto zauważyć, że mówimy o procentach. W wartościach bezwzględnych strata często i tak jest niższa niż w przypadku droższych europejskich odpowiedników. Czy ta sytuacja się utrzyma? Trudno powiedzieć. Jeśli jednak nie dojdzie do gwałtownych zawirowań politycznych i chińskie marki pozostaną na rynku, utrata wartości tych samochodów powinna w ciągu kilku lat zbliżyć się do poziomu marek europejskich.

Podsumowanie

Temat chińskich samochodów w Europie to dziś jeden z najbardziej żywych i dyskutowanych wątków motoryzacyjnych. Dyskusja trwa już kilka lat i nic nie wskazuje na to, by miała szybko wygasnąć. My – jak już wcześniej zaznaczyliśmy – nie posiadamy własnych doświadczeń z użytkowania chińskich samochodów, bo takich aut po prostu nie mamy. Zdecydowanie bardziej ufamy jednak relacjom naszych znajomych, którzy z tych samochodów korzystają na co dzień, niż części portali branżowych, które często prezentują wobec chińskiej motoryzacji nastawienie wyraźnie negatywne, a momentami wręcz ideologiczne.

Patrząc na tempo rozwoju chińskiej motoryzacji, a z drugiej strony na wyraźną stagnację producentów europejskich, trudno nie zauważyć pewnego trendu. Na papierze Chińczycy oferują dziś samochody lepiej wyposażone, nowocześniejsze technologicznie (zwłaszcza w segmencie elektryków), a przede wszystkim wyraźnie tańsze od europejskich odpowiedników. Jeśli do tego dołożymy silną presję polityczną w Europie, której celem jest szybkie przejście na elektromobilność, to przy utrzymaniu obecnego kursu chińskie marki w ciągu najbliższych 10 lat mogą realnie przejąć nawet około 25% europejskiej floty samochodowej. I nie mówimy tu o sprzedaży nowych aut, lecz o całym parku pojazdów – dziś ich udział to zaledwie około 1–1,5%.

Czy chińskie samochody są dobre, czy złe? Na tym etapie nie da się tego jednoznacznie rozstrzygnąć. To nadal nowość na rynku europejskim. Z jednej strony widzimy realne słabości – przeciętne silniki spalinowe, pytania o długoterminową trwałość elektroniki czy potencjalne „choroby wieku dziecięcego”. Z drugiej strony baterie, silniki elektryczne, poziom wyposażenia, design i cena to bezdyskusyjne atuty tych samochodów.

Czy my sami wybralibyśmy dziś chiński samochód jako nowy? Trudno powiedzieć. Nie mówimy „nie”, choć na ten moment raczej skłanialibyśmy się ku produktowi europejskiemu. Jednak jeśli obecne realia się nie zmienią, bardzo możliwe, że zakup chińskiego auta stanie się w Europie czymś zupełnie normalnym, a wraz z większą liczbą doświadczeń zniknie też większość obaw.

Dlaczego tak to widzimy? Ponieważ przy aktualnych uwarunkowaniach politycznych i regulacyjnych nie dostrzegamy realnych gospodarczych możliwości odbicia się europejskiej motoryzacji. Bez głębokiej korekty kursu politycznego grozi nam scenariusz, w którym chińska dominacja stanie się faktem, a europejski przemysł samochodowy znajdzie się – mówiąc brutalnie – w czarnej, a w zasadzie w czerwonej …..

Mamy tylko nadzieję, że Europa nie zacznie się w tej „czerwonej przyszłości” urządzać na stałe, bo wtedy powrót do realnej konkurencyjności może okazać się już niemożliwy.


Jeśli podoba Ci się ten artykuł prosimy o udostępnienie :)

Polityka prywatności   /   ZLOMBOL OFFICIAL  /   EUVIC  /   SAIMON-DESIGN  /   INDEX   /   KONTAKT


Theme by Anders Norén Improoved by Saimon-Design::Software

© 2018-2026 Jesteśmy u Celu

-
Maksymalne zużycie pamięci: 15.45 MB